Potpourri PAna Prywatny blog Piotra Andrusiewicza

22lut/100

Zima w Zielonkach

9paź/090

Oby tak dalej

Tegoroczna jesień nader dla nas łaskawa... Dzień po dniu miłe zaskoczenie, bo wciąż ciepło i niewiele deszczu. Po fatalnym dla mnie sierpniu, kiedy ciężko chorowałem, wrzesień był miesiącem nadrabiania zaległości w pracy i nabierania sił. I właśnie teraz potrzebne mi jest kilka dni naprawdę dobrej pogody, żeby w ogródku postawić domek narzędziowy. Niestety - na weekend prognozy zapowiadają deszcz, więc pozostaje nadzieja, że po raz kolejny zapowiedzi będą błędne i spokojnie popracuję w ogródku.

Utworzone w programie przeglądarka Flock
21wrz/090

Rocznica

Dokładnie rok temu pierwszy raz odwiedziliśmy z Danuśką Zielonki. Wrzesień ubiegłego roku był paskudny, deszczowy i zimny. Deweloper pokazał nam domek w stanie mocno nieukończonym.  Drzwi wejściowe nie były jeszcze zainstalowane, mury wilgotne, świeżo po tynkowaniu i przesiąknięte wilgocią kilkunastodniowych opadów.

Przed rokiem

Przed rokiem

Obecnie

Obecnie

Przed rokiem

Przed rokiem

Obecnie

Obecnie

Dziś to jest już prawdziwy, ciepły dom. :-)

Zakres tematyczny: W Zielonkach Brak komentarzy
14wrz/090

Nutka w Zielonkach

Nuta w Zielonkach

Nuta w Zielonkach

"Nutka w Zielonkach" brzmi jak "kaczka w buraczkach", ale uspokajam, że nie chodzi o danie, choć na pewno ten wpis traktuje o dziwaczce.

A zatem jesteśmy już w Zielonkach. Tarnów pożegnaliśmy 30 lipca - definitywnie. Opowiem o Nucie, jak ona przeżyła przeprowadzkę.
Żeby ją przewieźć, pojechaliśmy tuż przed wyjazdem z Tarnowa do weterynarza, który zaaplikował jej zastrzyk - nie środek usypiający, ale 'otumaniający'.  Dzięki temu przespała spokojnie prawie całą podróż, chociaż momentami niby się budziła i koniecznie chciała się wydostać z samochodu lub zaczynała polować na nieistniejące muchy. Po przyjeździe przez parę godzin była nienaturalnie ożywiona, jeszcze nie kontaktowała, co się dzieje. Później była najwyraźniej przestraszona, nie opuszczała mnie na krok i wszystko nerwowo obwąchiwała. Na drugi dzień sprawiała wrażenie zupełnie zgaszonej i zagubionej. W tym czasie były upały, więc chowała się po łazienkach i spała, nie jadła. Po tygodniu zaakceptowała nowe okoliczności i dom stał się "jej". Najważniejsze, że w pierwszym okrsie po przeprowadzce cały czas wszyscy z nią byliśmy  i że w meblach, ubraniach i innych rzeczach rozpoznawała stare zapachy. To jej pozwoliło zaaklimatyzować się.
Z wychodzeniem na siku i na większe sprawy jest drobny problem, bo musimy z nią przejść przez całą długość uliczki osiedlowej, wyjść za bramę i przejść przez ulicę i dopiero wtedy może sobie ulżyć. Oczywiście - w ogródku ani myśli się załatwiać. I dobrze. W pierwszych dniach, gdy było gorąco, nie chciała do ogrodu w ogóle wychodzić, ale teraz pod wieczór sama prosi o wpuszczenie do ogródka. Kiedy jej pilnujemy, to jest grzeczna: tarza się, bawi kijkiem albo po prostu leży spokojnie i śledzi latające bzykacze. Ale gdy tylko spuścimy z niej wzrok, z pasją i dziką radością zaczyna kopać.  Trzeba jej porządnie pilnować.

A zatem jesteśmy już w Zielonkach. Tarnów pożegnaliśmy 30 lipca - definitywnie. Opowiem o Nucie, jak ona przeżyła przeprowadzkę.

Żeby ją przewieźć, pojechaliśmy tuż przed wyjazdem z Tarnowa do weterynarza, który zaaplikował jej zastrzyk - nie środek usypiający, ale 'otumaniający'.  Dzięki temu przespała spokojnie prawie całą podróż, chociaż momentami niby się budziła i koniecznie chciała się wydostać z samochodu lub zaczynała polować na nieistniejące muchy. Po przyjeździe przez parę godzin była nienaturalnie ożywiona, jeszcze nie kontaktowała, co się dzieje. Później była najwyraźniej przestraszona, nie opuszczała mnie na krok i wszystko nerwowo obwąchiwała. Na drugi dzień sprawiała wrażenie zupełnie zgaszonej i zagubionej. W tym czasie były upały, więc chowała się po łazienkach i spała, nie jadła. Po tygodniu zaakceptowała nowe okoliczności i dom stał się "jej". Najważniejsze, że w pierwszym okrsie po przeprowadzce cały czas wszyscy z nią byliśmy  i że w meblach, ubraniach i innych rzeczach rozpoznawała stare zapachy. To jej pozwoliło zaaklimatyzować się.

Nuta w ogródku

Nuta w ogródku

Z wychodzeniem na siku i na większe sprawy jest drobny problem, bo musimy z nią przejść przez całą długość uliczki osiedlowej, wyjść za bramę i przejść przez ulicę i dopiero wtedy może sobie ulżyć. Oczywiście - w ogródku ani myśli się załatwiać. I dobrze. W pierwszych dniach, gdy było gorąco, nie chciała do ogrodu w ogóle wychodzić, ale teraz pod wieczór sama prosi o wpuszczenie do ogródka. Kiedy jej pilnujemy, to jest grzeczna: tarza się, bawi kijkiem albo po prostu leży spokojnie i śledzi latające bzykacze. Ale gdy tylko spuścimy z niej wzrok, z pasją i dziką radością zaczyna kopać.  Trzeba jej porządnie pilnować.